REKLAMA

Andrzej Seweryn czyta fragment powieści Serhija Żadana - Człowieka Roku 2022 "Gazety Wyborczej"

Gościnnie: Mistrzowie Słowa Gazety Wyborczej
Data emisji:
2022-05-13 20:00
Prowadzący:
Czas trwania:
31:42 min.
Udostępnij:

W dzisiejszym odcinku zapraszamy do wysłuchania fragmentu powieści Serhija Żadana pt. "Internat" w przekładzie Michała Petryka. Fragment książki wydanej przez wydawnictwo Czarne publikujemy z okazji ogłoszenia Serhija Żadana Człowiekiem Roku 2022 "Gazety Wyborczej". Rozwiń »
Co tydzień w sobotę publikujemy dla klubowiczów "Wyborczej" jeden tekst czytany przez wybitne aktorki i wybitnych aktorów. Dołącz do Klubu "Wyborczej", kupując najwyższy, klubowy pakiet prenumeraty cyfrowej na Wyborcza.pl/prenumerata. Zwiń «

AUTOMATYCZNA TRANSKRYPCJA PODCASTU

Transkrypcja podcastu
dzień dobry witam państwa mistrza słowa nazywam się Julia Radziwiłł wydaje podcasty w Gazecie wyborczej mistrzowie sława to podcast, w którym mistrzowie sceny czytają Mistrzów pióra w tym tygodniu odcinek wyjątkowy zamiast tekstu napisanego przez naszych dziennikarzy zapraszam do wysłuchania fragmentu powieści jednego z najważniejszych ukraińskich pisarzy, który właśnie został ogłoszony człowiekiem roku gazety wyborczej przeczyta Andrzej Seweryn mecz po niego zabierz go Rozwiń » stamtąd krzyczy stary to jej syn od szykuje pasza w odpowiedzi niech sama go zabiera to twój siostrzeniec przypomina stary no i co mój wnuk i wszystko to bez wyłączania telewizora nie gaśnie nawet w nocy jest o nich jak wieczny ogień płonie nie tyle dla radości żywych ile na pamiątkę umarłych stary ogląda prognozę pogody, jakby mieli tam wymienić jego imię, kiedy prognoza się kończy przez chwilę siedzi jak gdyby nie wierzył w to co usłyszał pasza nie ogląda telewizji szczególnie przez ostatni rok, kiedy wiadomości po prostu przerażają siedzi w swoim pokoju przy biurku zawalonym podręcznikami nie wytrzymuje wstaje chodzi na Dwór, słysząc to stary się odwraca sprężyny w kanapie trzaskają jak suche gałęzie w harcerskim ognisku meble w domu są leciwe, ale żywotne obecnych gospodarzy z pewnością przeżyją siostra namawiała, żeby przynajmniej dać fotele do tapicera, ale pasza machnął na to ręką OC nowe obicia mówił to jak robić pompki po siedemdziesiątce oczywiście można lepiej wcześniej wziąć coś przeciwbólowego siostra ostatnio prawie się pojawia, więc o nowych obliczach nikt więcej nie mówi pasza lubił ten dom mieszka tutaj całe życie miał zamiar mieszkać dalej zbudowali go niemieccy jeńcy zaraz po wojnie był to całkiem przestronne bliźniak 2 ulice od stacji kolejowej gęsto zabudowane osiedle domów jednorodzinnych, w których mieszkali przeważnie kolejarze i całej miejscowość była budowana wokół stacji ona dawała pracę ona dawała nadzieje przypominała czarne odparować owego dymu serce, które pompuje krew okolicznych parowóz i lasów nawet teraz, kiedy lokomotywownia stała pusta jak basen, z którego spuszczono wodę w warsztatach mieszkały najwyżej Jaskółki bezdomni życie wciąż zależało od kolei po prostu teraz nie było pracy jakiegoś powodu właśnie w robotniczych wioskach praca znika w pierwszej kolejności warsztaty zamknięto i wszyscy rozeszli się swojej strony pochowali się na ciasnych podwórkach wysuniętymi przez gorące lato studniami i piwnicami, w których wszystkie zapasy skończyły się już przed Bożym Narodzeniem, chociaż akurat pasza nie powinien narzekać pracuje w byle jakie ale zawsze budżetówce tak tak myśli pasza wychodząc na ulice, zamykając za sobą drzwi byle jaki ale budżet byle jaka ale budżetówka śnieg na podwórku jest różowo niebieski odbija się w nim prawie zachodzące słońce i wieczorne niebo ciemnieje głębokimi porami ostry w dotyku pachnie marcową wodą przykrywa sobą grząski czarny grunt także nie trzeba żadnych prognoz zima będzie trwać długo wszyscy zdążą się wdrożyć zmęczyć i przywyknąć a kiedy przywykną zacznie się coś innego na razie świat przypomina grudkę śniegu w ciepłych dłoniach topnieje ocieka wodą, ale dłonie stają się coraz mniejsze coraz mniej w nich ciepłego ruchu i coraz więcej lodowatego zastygania woda nawet kiedy topnieje pozostaje zabójcza słońce tonie w skomplikowanym systemie wodnych zwierciadeł i odbić nikt nie zdąża się nim ogrzać przecież od razu po południu po wilgotnych Gwizdak, który dziś ona stacją zaczyna się rok potem momentalnie znika poczucie odwilży złudne poczucie ciepła pasza obchodzi budynek rozmową ścieżką między drzewami przez całe życie dzieli ten dom razem z jakimś Kolejarzem pół budynku należało do niego pół do zgodnej rodziny taty mamy paszy siostry jakieś 15 lat temu, kiedy jeszcze wszyscy mieszkali razem Kolejarz podpalił swoją połówkę zdążyli zgasić, ale odbudowywać Kolejarz już nie chciał poszedł na stację wsiadł do pociągu w kierunku wschodnim i na zawsze znikł z ich życia spalono połówkę domu po prostu rozebrali ścianę pobili i mieszkali dalej z zewnątrz budynek przypominał połówkę chleba na sklepowej półce stary zawsze właśnie tak kupował puszkę, żeby nie przepłacać i żeby nie zostawało życie na stacji do tego nauczyła czarne drzewa śniegu ostre igły na tle czerwonego nieba za płotem zaczyna się ulica biały sąsiedzkie domki gdzieniegdzie pomarańcze elektrycznych świateł sady ogrodzenia kominy, z których unoszą się dymy, jakby zmęczeni mężczyźni Stali rozmawiali na mrozie, wypuszczając z płuc ciepły styczniowy oddech ulice puste nigdzie nikogo tylko na stacji od czasu do czasu podczepić ją wagony metal metal, jakby ktoś przestawiał żelazne meble jeszcze od południa od strony miasta i cały dzień od rana pojedyncze wybuchy czasem intensywniejsze czasem zatrze Echo rozchodzi się w powietrzu zimą akustyka jest wykrzywiona trudno pojąć, skąd leci, gdzie spada świeże powietrze zapach wilgotnych drzew napięta cisza tak cicho bywa tylko wtedy, kiedy wszyscy milkną zaczynają słuchać pasza liczy do 100 wraca do domu 10 poprzedniego wieczoru było 6 w tym samym czasie ciekawe co powiedzą wiadomościach starego zostaje w kuchni ten stoi zsyłając się koło stołu zbiera swoją starą sportową torbę daleko pyta pasza, chociaż po co pytać przecież to oczywiste, że wybiera się po małego demonstracyjnie wrzuca do torby gazetę jak można czytać gazety po raz drugi przecież to tak jak czytać rozwiązane krzyżówki okulary pasza zawsze kłóci się z nim od okulary grube szkło wykrzywiony obraz już lepiej słoneczne byś nosił i tak nic nie widać legitymacja emeryta jak się poszczęści pojedzie za darmo wytarty jak morski kamień telefon wybrano chustkę do nosa stary sam pierze prasuje swoich szóstki nie chce zrzucać tego na córkę raz miesiącu staje przy desce do prasowania starannie przesuwa żelazko po kostkach, jakby suszył zdewaluowany banknoty pasza wciąż przynosi papierowe chusteczki, ale stary dalej używa swoich to przyzwyczajenie jeszcze czasu pracy w biurze na stacji, kiedy w przyrodzie nie występowały papierowych chustki do nosa zresztą nie papierowe też korzystać z komórki stary prawie nie umie, ale ciągle ją ze sobą wnosi o całą poobijaną wytarty zielonym przyciskiem doładowuje ją pasza sam się nie nauczył teraz starannie wszystko układa grzebie w torbie milczy obrażone i coraz z nim trudniej nie można nic powiedzieć obraża jak dziecko pasza przechodzi do kuchenki pije prosto z czajnika studnie latem wyszły z kranu strach pić, kto wie co tam teraz płynie w rurach dlatego wodę gotują stara się nie ogląda grzebie w kieszeniach dobrze mówi pasza pojadę po niego, ale stary tak po prostu się nie poddaje wyciąga gazetę otwiera zamyka składa na czworo wkłada z powrotem do Turcji żółte suche palce nerwowo łamią gazetowy papier na paszę nawet nie patrzy sera się nad stołem chce coś udowodnić walczy z całym światem słyszałeś mówi pasza pojadę po niego nie musisz odpowiada stary powiedziałem przecież, że pojadę powtarza trochę nerwowo pasza stary demonstracyjnie wyciąga gazetę i wychodzi szarpnięcie otwiera drzwi do pokoju Smuga miękkiego światła telewizora wpada do ciemnego korytarza potem gwałtownie zamyka za sobą, jakby zamykał się od środka w pustej lodówce styczniowy ranek jest długi i nieruchomy jak kolejka w szpitalu poranny chłód w domu grafitowe ciemność za oknem pasza podchodzi do kuchenki i od razu wychwytuje słodkawy zapach gazu zawsze kojarzy się z Grześki rannym przebudzeniem codziennie, wybierając się do pracy, wrzucając do teczki uczniowskie zeszyty podręczniki wchodzi do kuchni oddycha słodkim gazem i pije mocną herbatę zagryzają czarnym chlebem przekonuje się bierze życie się udała przekona wszy biegnie do szkoły ten zapach towarzyszy mu przez całe życie nawet traci apetyt, kiedy przychodzi mu się budzić poza domem brakuje mu porannej domowej kuchenki, od której czuć przepalony palnikami pasza wygląda przez okno i potrząsa głową stara się odzyskać przytomność szósta rano styczeń poniedziałek kolejny dzień bez pracy bierze z parapetu zeszyty przegląda odkłada z powrotem wstaje przechodzi przez korytarz zagląda do pokoju stary śpi w fotelu z ekranu próbuje się do niego krzyczeć ktoś zalany krwią, ale na marne dźwięk stary wyłączył już w nocy nie trafi teraz do niego choćby krzyczał bez końca pasza przez chwilę zatrzymuje się patrzy na krew ten, który krzyczy też przesuwa wzrok na pasza i krzyczy już do niego nie wyłączaj posłuchaj to ważne ciebie to też dotyczy wasza szybko znajduje jednak pilota wciska wielki czerwony przycisk rzuca pilota na stół i wychodzi na Dwór ostrożnie, zamykając za sobą drzwi, żeby nie obudzić starego, ale drzwi tak przejmująco skrzypią w porannym mroku stary w pokoju od razu się budzi znajduje pilota i milcząc włącza telewizor, w którym dzieje się coś potwornego coś co dotyczy wszystkich, a pasza już dobiega do stacji coś jest nie tak myśli coś tu jest nie tak aniżeli dusz kompletna cisza nawet lokomotyw nie słychać nawet nie handlują ciemnoniebieski śnieg pod czeka wodą pogoda prawie klasowa, ale nie, bo cały w chmurach wilgoć zawisa w powietrzu czasami, przechodząc w ledwie odczuwalny deszcz dalej nad torami stoi mgła i w tej mgle nie słychać ani głosu pani kroków wcześniej jeszcze myśli pasie z niepokojem po prostu jeszcze wcześnie na południu tam, gdzie zaczyna się miasto też stoi podejrzana cisza bez wybuchów bez rozgrywanego powietrza za rok wyjeżdża autobus pasza wzdycha z ulgą komunikacja działa wszystko dobrze po prostu jeszcze wcześnie wita się z kierowcą ten lęk i 2 Kulig głowę w kołnierzu skórzanej kurtki pasza idzie pustym przejściem siada po lewej przy oknie potem nie wytrzymuje przesiada się na prawą stronę kierowca czujnie się temu przygląda lusterko, jakby bał się przeoczyć coś ważnego, kiedy pasza przechwytuje jego spojrzenie kierowca się odwraca włącza silnik ciągnie dźwignię skrzyni biegów żelazo trzeszczy obrażony autobus rusza kierowca robi rundę honorową wpusty mgle stacja zostaje z tyłu takimi autobusami wozi się nieboszczyków myśli jakiegoś powodu pasza takimi specjalnymi autobusami z czarnym paskiem z boku ciekawe czy tam są miejsca dla pasażerów czy trzeba siadać na trumnie i dokąd ja tym katafalk dojadę autobus mija jedno pustą ulicę potem następna dalej powinien być uliczny bazar, gdzie emerytki codziennie sprzedają coś zamarzniętego autobus skręca, ale nie widać żadnych emerytek żadnych przechodniów pasza już wie, że naprawdę coś jest nie tak co się stało zachowuje się jednak jakby wszystko było w porządku przecież nie będzie panikować kierowca uważnie odwraca wzrok, prowadząc katafalk przez mgłę i woda trzeba było obejrzeć wiadomości co denerwuje się pasza porażająca cisza po wszystkich tych dniach, kiedy niebo na południu nad miastem przypominał jak siano w ogniu maszyneria cicho pusto, jakby wszyscy wsiedli do nocnego pociągu wyjechali zostali tylko pasza kierowca, ale i oni mijają 2 zbudowane na piasku bloki mijają bazę transportową i wytaczają się ze wsi długa Topolowa aleja prowadzi do szosy szefa wyglądają mogły jak dzieci z ramienia ojca gdzieś tam w górze już porusza się słońce nie widać go, ale takie czuć, a poza tym nie można poczuć niczego i pasza lękliwy ogląda całą tę wilgoć wokół, starając się zrozumieć co przegapił co chciał wyjaśnić ten zalany krwią typ telewizora kierowca ostrożnie omija zimne dziury wjeżdża na szosę skręca wprawo autobus podjeżdża do przystanku, jakby się zatrzymuje tu zawsze ktoś wsiada, ale najwyraźniej jest dziś kierowca pewnie z przyzwyczajenia stoi jakiś czas nie, zamykając drzwi potem ogląda się na pasie, jakby prosił o jego zgodę drzwi zamykają autobus rusza dalej nabiera prędkości i wpada prosto na posterunek twoja mać mówi kierowca posterunek pełen jest wojskowych stoją za betonowymi blokami pod poszarpane mi flagami państwowymi w milczeniu patrzą w stronę miasta ile razy pasza przejeżdżał przez to miejsce w ciągu ostatniego pół roku od kiedy po krótkich gwałtownych walkach wróciła władza Państwowa, dostając się do miasta wracając do domu na stację należało oczekiwać kontroli dokumentów inaczej mówiąc oczekiwać nieprzyjemności, chociaż pasie zawsze przypuszczali liczeniu bez żadnych pytań miejscowy meldunkiem wszystko w porządku państwo nie ma do niego pretensji pasza przywykł do obojętnych spojrzeń domiaru owych mechanicznych ruchów żołnierzy w czarnych paznokci, dlatego że należy oddać dowód czekać aż twój kraj kolejny raz przekonał się twoim posłuszeństwie wobec prawa żołnierze zawsze zwracali dokumenty pasza wpychał dowód do kieszeni, starając się z nim spotkać spojrzeniem deszcze rozmawiały państwowe flagi kolory wyblakły rozpływały się szarym jesiennym powietrzu niczym śnieg w ciepłej wodzie pasza patrzy przez okno widzi jak obok nich przylatuje jeep obłożony ciemnym razem z jeepa wyskakuje 3 z automatami nie, zwracając uwagi na rejsowy katafalk biegną w tłum, który zbija się z przodu żołnierze stroju przekrzykują się wyrywają sobie nawzajem lornetkę oglądają szosę przed sobą wydarzają czerwone od dymu i braku snu oczy otoczony głębokimi zmarszczkami szosa jest pusta tak pusta, że przeraża zwykle coś się ciągle po nich porusza mimo trwającego już od dłuższego czasu niemal całkowitego okrążenia, które ciągle się zacieśniał i tak do miasta z powrotem przez cały czas ktoś przedzierał tą jedyną drogą przeważnie wojskowi, którzy dowozili amunicję albo wolontariusze, którzy ciągle wywozili stąd północy z pokojowego terytorium różne zbędne badziewie w rodzaju ciepłych ubrań lekarstw na przeziębienie komu potrzebne są lekarstwa na przeziębienie w mieście, które ostrzeliwują ciężka artyleria i które lada moment miał się poddać, ale to nikogo nie powstrzymywało te kolumny, które poruszały się ze stałego lądu do otoczonych czasami zgodnie z przewidywaniami trafiały pod obstrzał, ale było jasne, że oddadzą miasto, że państwo wojska będą musiały się cofnąć, zabierając ze sobą flagi kraju paszy, jeżeli frontu tak czy inaczej przesunie się na północ w kierunku stacji, a zatem śmierć zbliży się jakieś 10km, ale kogo obchodziło cywile też 2 żali się zerwali do miasta po rozwalony wsparcie wojskowi starali się ich od tego odwieść wojskowym nikt jednak szczególnie nie dowierzał każdy uważał się za najmocniejszego najechał się pod moździerze jakiś tam zaświadczenie z funduszu emerytalnego rzeczywiście, wybierając pomiędzy śmiercią biurokracją, a czasami lepiej wybrać śmierć wojskowi się złościli czasami zamykali przejazd ale kiedy tylko strzały ucichły, a przed posterunkiem ustawiała się kolejka musieli przepuszczać, a teraz aż się pusto pewnie tam w mieście faktycznie dzieje się coś strasznego coś co może zatrzymać nawet kierowców marszrutę i spekulantów tłumnie ogolonych mężczyzn rozdzielonych przez brak chrztu i beznadzieję stoi pomiędzy betonowymi blokami drutami kolczastymi wszyscy krzyczą na siebie wzajemnie, przelewając wściekłości innych i od tłumu w stronę autobusu odłącza się Chudy wysoki żołnierz pod za dużo Chełmem ma nieprzytomne oczy nieprzytomnej szeroko otwarte otwarte najwyraźniej ze strachu wyciąga przed siebie rękę jak mówił stać nie ruszacie, chociaż pasza kierowca i tak nie ruszają stoją zamarli, wstrzymując oddech w autobusie nadrobi się tak dużo miejsca w powietrze staje się tak rozrzedzone, że choćby dyszał z całej siły tak się nie oddycha aż żołnierz podchodzi do drzwi dźwięcznie uderza ich metalową powierzchnię autobus odpowiada echem jak zatopiona Łódź podwodna kierowca otwiera zbyt gwałtownie, dokąd kurwa szycie do niego żołnierz garnąć się wchodzi do środka musi się schylić hełm zsuwa się na oczy i paszy wydaje się, że go poznaje chociaż, skąd i skont żołnierz patrzy złym wzrokiem podchodzi poprawia Chełm przecierał oczy dłonią i krzyczy paszy w twarz dokumenty kur dokumenty pasza grzebie w kieszeniach i kieszeni nagle robi się tak wiele się w nich gubi i nie może niczego znaleźć i wyciąga różne śmieci wilgotne chusteczki którymi rano przeciera w szkole buty kartki z tematami lekcji, a vis poczty na paczkę do odebrania tak tak myśli pasza z przerażeniem patrząc w twarz żołnierza trzeba odebrać paczkę paczkę paczkę zapomniałem myśli jego skóra robi się mokra i zimna jak jego samego ktoś przetarł wilgotnymi chusteczkami do czyszczenia butów no i krzyczy żołnierz, uchylając się nad nim, a przede wszystkim pasza zupełnie nie może zrozumieć w jakim języku temu mówi, bo słowa wyrywają się z niego tak porwanej opłacane, że nie ma w nich ani tonacji ani akcentu po prostu wykrzykuje, jakby wykaz pływał przeziębienie powinien mówić w państwowym panikuje państwowym miesiąc temu stała tu jednostka z Żytomierza i śmiali się z tego jak pasza prześlizguje się z języka na język to oni czy nie oni gorączkowo waha się pasza patrząc szeroko otwarte oczy, w których odbija się cały jego lęk zapomniałem odpowiada co nie wierzy żołnierz kierowca zrywa się na równe nogi nie wiedząc jak ma się zachować uciekać stać w miejscu i pasza też nie wie co robić myśli jak to możliwe, kto właściwe wtedy dworu ktoś krzyczy krzyczy tak gwałtownie przeciągle, że żołnierz wzdryga się odwraca i wybiega na zewnątrz odpychając kierowcę ten pada na swój fotel, ale szybko zrywa się na nogi i wyskakuje za żołnierzem i pasza też wyskakuje i wszyscy podbiegają do tłumu, który nagle milknie rozstępów się właśnie wtedy z południa za horyzontu od miasta odciętego oblężeniem, jakby niewidocznej powietrznej jamy zaczynają wylatywać mężczyźni po 1 po 2 całymi grupami ciężko wyłaniają się z linii horyzontu i poruszają się w stronę tłumu, który milcząc stoi czeka jeszcze ledwie widoczni tam oddali stopniowo powiększają się rosną jak cienie pod wieczór już nikt nie patrzy przez lornetkę i nikt nie krzyczy, jakby wszyscy bali się spłoszyć tę procesję, która powoli wypełnia sobą szosa ciągnąć się przez setki metrów mężczyźni idą tak miarowo wydaje się, że do nikąd się nie śpieszą, chociaż od razu staje się jasne, że szybciej niż po prostu nie mogą zbyt są zmęczeni zbyt ciężko pokonują te ostatnie kilkaset metrów iść trzeba, więc idą nie zatrzymują się uparcie się zbliżając, poruszając się w kierunku swojej flagi podchodzą do posterunku Doliny jak pasażerowie, których wysadzono rejsowego autobusu za brak biletu czas jakby biegł coraz prędzej i wszystko odbywa się tak szybko, że nikt nie zdąża ani się przestraszyć ani ucieszyć pierwsi podchodzą do wymaganych farbą betonowych umocnień tam na horyzoncie pojawiają się coraz to nowi i też wchodzą Dolina wydostają się na północ do swoich im są bliżej im wyraźniejsze stają się ich twarze tym ciszej robi się wokół teraz widać oczy tych, którzy nadchodzą, a w oczach nic dobrego nie zobaczysz tylko wyczerpanie i mróz i oddechu mają tak zimne, że nawet nie parują czarne od brudu twarze świecące białka oczu hełmy i czarne podarte czapki szyje owinięte szarym i od ceglanego pyłu środkami broń paski puste kieszenie worki na ramionach czarne od smaru ręce wymazane pokruszoną cegłą rozmiękcza chętnym czarnoziem buty pierwsi już podchodząc wpatrują się twarze z wyrzutem nieufnością tak jakby ci, którzy stoją czekają na nich dzięki czemu winni, jakby wszystko powinno być na odwrót oni ci, którzy przyszli powinni stać tutaj pod niskim styczniowym niebem i patrzeć na południe za horyzont, gdzie nie ma nic poza brudem śmiercią i pierwszy podchodzi do umocnień i nagle wyrzuca do góry pięść zaczyna wrzeszczeć, jakby krzyczą na Bogu za złe zachowanie przeklina grozi złości się łzy ciekną po twarzy, oczyszczając ją tłum rozstępów się jeszcze szerzej i ci, którzy przychodzą mieszają się z tym co stoją jak brudna rzeczna woda miesza się z przejrzystą morską tłum już nie mieści się pomiędzy blokami betonu, a ten, który przyszedł pierwszy dalej stoi pośrodku i gardło coś o niesprawiedliwości zemście o tym, że miasto poddali porzucili razem z wszystkimi, którzy tam mieszkają oddali obce ręce nie utrzymali wywieźli z pułapki i dobrze mają ci, którzy zaleźli, ale co mają robić ci, którzy zostali tam ostrzelany ulicach co z nimi kto ich stamtąd zabierze czemu żeśmy krzyczy nie opuszczając pięści ich porzucili uciekli zostawili miasto jak tak można, kto za to odpowie uderza krzyczy o męża mój partner nawet nie zdążyłem go zakopać nie zdążyłem wyciągnąć śnieg leży na spalonej stacji benzynowej komu go zostawiłem, kto wyciągnie, kto krzyczy i wygraża pięścią w chmurze deszczowych aż ktoś, kto przyszedł później przeciskając się obok niego po prostu wali go po głowie, jakby mówił sam Klich Moder i bez ciebie źle i wtedy nagle wszyscy zaczynają mówić ktoś wypytuje, kto odpowiada kogoś ciągnąć, żeby się ogrzał kogoś owijają w Starym przepalony kocem apotem nagle do posterunku podchodzi jeszcze 1 grupa, ciągnąc na ramionach nosze na tych noszach leży ktoś tak po szarpany zakrwawiony, że pasza tylko odwraca wzrok jakiś oficer zaczyna krzyczeć, żeby podjechała karetka chociaż, jaka może być karetka noszę przejmują ci, którzy mają więcej siły i ciągną do autobusu dawaj przyszło do kierowcy odpala i odwiezie go na stację pasza myśli, że to w ogóle najlepsza możliwość wrócić teraz do domu i też robi krok w kierunku autobusu, ale przy drzwiach stoi już wojskowy i nawet nie, odwracając się od tych pasie i ten tylko widzi jako ostrożnie podają nosze do środka zauważa lepione włosy i cukrową wielkości tak jakby rozciąć arbuza wywracając na wierzch jego słodkie wnętrzności zauważa połamaną rękę, która szczepiła się w nosie i trzyma się ich mocno jak trzyma się tylko życia, a autobus próbuje zawrócić, ale wokół kołysze się tłum wszyscy krzyczą przeszkadzają przeszkadzają krzyczą krzyczą przede wszystkim, żeby nie przeszkadzać w końcu ktoś daje rozkaz tłum droga się i pełna na bok autobus zawraca i znika z logiem paszy wypchnęli na pobocze i jakoś nieporadnie usiłuje się z niego wydostać ktoś woła go zza pleców daj papierosa mówi do niego żołnierz bez hełmu ze srebrnymi długimi włosami nie mam mówi pasza, a co Waś nie odpuszcza żołnierz pasza machinalnie sięga do kieszeni i wyciąga dowód Andrzej Seweryn tak dla państwa przeczytał fragment powieści Serhija, że dana pt. internat w przekładzie Michała Patryka, która ukazała się nakładem wydawnictwa czarne ten fragment publikujemy mistrza słowa w tym tygodniu z z okazji przyznania Serhija wieża stanowi tytułu człowieka roku gazety wyborczej to usłyszenia Julia Radziwiłł Zwiń «

PODCASTY AUDYCJI: GOŚCINNIE: MISTRZOWIE SŁOWA GAZETY WYBORCZEJ

Więcej podcastów tej audycji

REKLAMA

POPULARNE

REKLAMA

DOSTĘP PREMIUM

TOK FM Premium teraz 40% taniej. Wybierz pakiet z aplikacją mobilną - podcasty, audycje i radio bez reklam zawsze pod ręką.

KUP TERAZ

SERWIS INFORMACYJNY

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA