REKLAMA

Odcinek 25. AKAN Powieść o Bronisławie Piłsudskim

'Akan' Powieść o Bronisławie Piłsudskim
Data emisji:
2019-10-31 21:50
Czas trwania:
14:38 min.
Udostępnij:

Odcinek 25 audiobooka AKAN Powieść o Bronisławie Piłsudskim. Tylko dla użytkowników Dostępu Premium teraz audiobook w prezencie

AUTOMATYCZNA TRANSKRYPCJA PODCASTU

Transkrypcja podcastu
z uchylonym oknem na piętrze tańczą 2 cienie, które z nich jest gorzką, który marzeniom o tej porze pewnie rozbierają się i układają do snu, ale to bez znaczenia co robią rozedrgane sylwetki muszą wystarczyć, żeby nakarmić wyobraźnię Bronisz nie wie co jest w nim silniejsze strach, że zostanie nakryty czy chęć, żeby Zośka dowiedziała się o nocnych czuwania pod jej oknem nieprawda okłamuje sam siebie chcę, żeby wiedziała więc, dlaczego jeszcze nie rzucił kamieniem Rozwiń » przecież ściska go w dłoni owiniętych w papier, który przyszykował w domu, ale co wtedy czekałaby go wątpliwa sława nocnego pogromcy szyb żałosnego kota wróg i nie byłoby to takie złe jako kod mógłby bezkarnie wyć całą noc pociąga nosem zęby grają Polka golonkę musi coś zrobić albo zamarznie, zanim skończy się panieński teatr cieni zacieki tutaj szepcze doszuka wspina się przez płot ostrożnie, żeby nie zedrzeć spodni zeskakuje na drugą stronę ląduje na tyłku nie pięknie trzeba będzie wyprać, zanim matka zobaczy podchodzi do ścian chce zajrzeć w okno podskakuje za wysoko do domu przylega Szopa podciąga się na gałąź najbliższe jabłoni i już może przeskoczyć na jej dach wychyla się głęboko zaczepia palcami szczeliny w murze, ale do okna jeszcze cała stopa ze, żyjąc widzi tylko falujące kotary celuje w nich kamieniem bierze szeroki zamach za szeroki rzuca tkanina pochłania kamień, który przelatuje nad drugą stronę, ale on sam traci równowagę, a potem spada mój Boże co to jest spanikowany głos gdzieś nad głową ktoś wychyla się z okna to nie Zośka, kto tam poznaje chrapliwy głos matki całe szczęście zebrał się już miękkiej rabaty plecy bolą jak diabli, ale czołga się ich chowa za żywopłotem wstaje chorując plecami po ścianie przechodzi na tył domu kary na was nie ma bandyci skacze przez płot Żuk już czeka po drugiej stronie chyba całkiem wytrzeźwiał gnają, więc na złamanie karku wąskimi zaułkami Zarzecza i przez most na ile chce po drugiej stronie rzeki obydwaj wybuchają dzikim śmie organy katedry nudzą niemiłosiernie w powietrzu unosi się swąd kadzidła, bo ksiądz pod krzyżem zawzięcie macha trybun razem jest coś jeszcze ski szły pod pomieszanie sfer pełną bronić zaciska nos i cedzi przez zęby są tak słusznie to Niezabitowski informuje Łukasiewicz wysokości swoich prawie 3 archiwów słowa przeciska przez rękaw szkolnego munduru ten dureń wyparł umowa chyba nawet majtki śmiać się głośno nie mogą, więc kaszlą łokcie może i dałoby się wytrzymać, ale nie w takim ścisku nie w kłębach kadzidła lepiej byłoby już siedzieć na lekcjach niż tłoczyć się z całą klasę pokazali i co znosić swąd bijący od nie zabito z czego i jęki biskupa, który gada coś Orient podniesione na władze, że uschnie żal słuchać tego wiernopoddańczy tego szkolenia zazdrości Żukowi, który wymknął się z katedry zaraz pod et cum spiritu, ale jeśli Bronisz marzy jeszcze o promocji musi zacisnąć zęby pochylić kark i doczekać do IT Missa est, chociaż plecy wciąż bolą go jak odbitek kijem do tego jeszcze wywinięte stopa skóra po raz na dłoniach wszystko skutki nocnej eskapady no i ten smród Łukasiewicz sięga po co do kieszeni spodni masz powąchać przejdą ci mdłości otwiera dłoń pomarańcza bronić przejmuje ją pochyla głowę, jakby nagle pożałował grzechów i przyciska nos do chropowatej skórki Sobieraj zachęca Łukasiewicz i rozgląda się czy nauczyciele sięgają wygonili ich nam się za spokój duszy świętej pamięci cara, bo już rok minął jak niemiecki odesłał go na wieczny odpoczynek ojciec mówi, że to idiota bandy idiotów 1 bomba i cały kraj cofnęli jakieś 30 lat, bo stary Car to jak na cara był liberał, a terroryści dali jego następcy pretekst, żeby wietrzą z nią gorących głów mrzonki o samorządach autonomia i broń Boże konstytucji może ojciec ma rację na własnej skórze po próbował rewolucji w sześćdziesiątym trzecim i pewnie mu wystarczy podobno uniknął stryczka tylko dzięki solidnym łapówką a gdyby nie szybkie małżeństwo posadzono ku wtyczką ze starożytnego rodu Billewiczów wywieźliby go na Syberię, ale ani o powstaniu ani bieżącej polityce w domu głośno się nie mówi, więc trzeba samemu sobie układać pogląd na świat ze strzępów rozmów zakochanego to matki, kiedy czytała synom Konrada Wallenroda i ze szczególnej intonacji, jaką ojciec wymawia słowo terrorysta zgniatanie w ustach szarpie zębami ana koniec z Plusa, żeby rozsmarować podeszwą po podłodze Bronisz wciska między zęby uciekającą połówkę pomarańczy resztę podaje Łukasiewicz owi temu dodał, że w tym roku kończy gimnazjum i jedzie studiować do Pitra wyrwie się z ciasnoty ulic spot wścibskich spojrzeń nauczycieli, a jeszcze tutaj bronić pospiesznie wyciera ręce spodnie Foch chyba nie zauważył jak przełyka ostatni kawałek nauczyciel pochyla się nad jego ramieniem i w domu chuj mu słowa prosto do ucha do konfesjonału zaciska oczy za żadne skarby nie pójdzie się spowiadać nie dzisiaj, ale przecież ksiądz donosi dyrektorowi na wszystkich, którzy nie chcą mu wyznać swoich grzechów no za nie ma nic na sumieniu Piłsudski warczy Ford, a Bronisz szuka pomocy u Łukaszewicza podnosi wzrok, ale widzi tylko krzywy uśmiech, jakby Łukaszewicz wiedział idzie do bocznej nawy klęka pod masywną szafą i przyciska Cho do kraty ostatni raz byłem u spowiedzi nie pamięta zaraz wymyśli grzechy też przecież nie zamierza opowiadać o swoich myślach i uczynkach zresztą nie czuje się winny, więc nie byłoby szczerego żalu za grzechy ani postanowienia poprawy ale kiedy tylko w jego głowie pojawiają się myśli o winie natychmiast słyszy głos matki nie ma znaczenia co mówi, choć pewnie nie była zachwycona stan jego spraw z panem Bogiem liczyć się tylko on rozczarowanie i złość mieszające się w nim jak smugi atramentów szklance wody dopiero 300 cięcia w deskę zagłuszają niewyraźny monolog matki Bronisz natychmiast podrywa się z kolan pokuty nie zapamięta po mszy wciąż obciążony grzechami, ale lżejszą duszą biegnie do domu chcę pograć na górę tyle ma do zapisania w Dzienniku, ale z salonu docierają do niego odgłosy ożywione rozmowy goście da nikogo nie było zatrzymuje się w połowie schodów i zawraca warto by się dowiedzieć komu oprócz wierzycieli chce się jeszcze odwiedzać Piłsudskich pierwszy głos należy do matki drugi też na, ale na razie nie kojarzy go twarzą ani imieniem, kiedy staje w drzwiach salonu i jest już za późno, żeby uciec z broni sił wyobraża sobie dawno nie słyszał, żeby matka była w tak doskonałym nastroju ktoś zakradł się nocą pod okna pani Baniewicz owej, gdyby potrafił Odessa, by sobie krew z policzków, ale nie potrafił musi przynajmniej ukryć rozpaloną twarz, więc zgina się jak najniżej gorączki szanownej pani Baniewicz owej przytrzymuje dłoń przy Varga dłużej, niżby chciał musi ochłonąć i rzucił kamień niepojęte ciągnie matka tonem podejrzanie euforycznym zresztą wszystko wydaje mu się podejrzane wizyta Baniewicz owej, która nagle zapałała potrzebę podzielenia się nocnymi przeżyciami o uzdrowienie matki jej jasna twarz chyba oczekują od niego odpowiedzi może to przez pomyłkę mówi zupełnie bez sensu matki przyglądają mu się z troską pewnie gorączkuje biedaczek przez pomyłkę dopytuje Baniewicz owa, a on ma nieodpartą ochotę cisnąć się pod klapę fortepianu bełkocie coś o muzeach, która wali kamieniami okna nie patrząc czyje, ale kamień był owinięty w papier Baniewicz owa rozsypuje woreczek i wyciąga z niego wymień to ono kartkę Bronisz czuje jak po karku upłynie pod pod pachami to już w ogóle kałuża to chyba po łacinie Baniewicz słowa wyciąga ku niemu kartkę, a więc jakiś uczony łobuz dodaje matka ze śmiechem przeczytasz stara się opanować drżenie warg nawet zaczyna nerwowo rechotać, żeby tylko potrafił udać zaskoczenie na widok liter, które sam stawiał, a Moore o mnie siedzi powoli miłość wszystko zwycięży, a mam się znalazł wart chyba nie widziała morze nieśmiały matka kładzie rękę na dłoni uspokaja cóż pani mówi ktoś szczyt Panny po nocy nachodzić co z tego, że po łacinie jak Barbarzyńca jakiż to nie może być takie zepsucie nie do pomyślenia matka przytakuje z lekkim uśmiechem, a jemu wydaje się, że wymienia Baniewicz ową porozumiewawczy spojrzenie wszystko wiedzą teraz grają komedyjka, żeby dać mu lekcję i upokorzyć właściwie to o przyszedłem po nuty zgarnia z fortepianu sterty kartek może nam co zagrasz proponuje matka odkłada partytury, jakby go parzyły musza jeszcze lekcje zrobić dużo zadają wychodzi z salonu szybkim krokiem bez pożegnania nienawidzi siebie nienawidzi matki starej Baniewicz owej nawet Zośki teraz wydaje mu się nudną rozkapryszona panna i co już nawet nie jest taka piękna nos zbyt wąski rozwodniony wyłupiaste oczy jak żaby leki ze jeszcze włosy, a nie lica wodnica nie lica wodnica powtarza, przeskakując po 2 stopnie, gdyby teraz spotkał nagadał, by tak, że chciałaby cały ruski rok tylko co, że jest niewart 1 jego myśli to na pewno, ale chciałby, żeby zabolało mocniej zaraz zakopie się w pościeli coś wymyśli ciągnie za klamkę otwiera drzwi chce przystąpić bruk, ale drętwieje nie jest pewien tego co widzi wolałby nawet, żeby skołowany ruchomy obraz okazał się złudzeniem nie jest złudzenia nie leczą ani nie wyszło ciotka Żuk objęci rozrzucone włosy teczki zasłaniają obydwie głowy, ale nietrudno się domyślić, że się całują przepraszam oni odskakują od siebie bronić zawstydzony chce uciekać za Czekaj słyszy, kiedy jest już za drzwiami głos środki brzmi spokojnie, jakby nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego szczoteczka stoi przed lustrem i zakręca włosy wokół dłoni wcale nie patrzy czy to działanie liczą już sobie poszła pytanie wyraźnie ustach trzyma szpile heli, bo się trzyma córki jak Kwoka w gnieździe dziś kajakarz nie puści od siebie krok widzi odbite w lustrze skierowane ku sobie spojrzenie co ma być już wszyscy w całym mieście wiedzą kim podkochuje się kawaler Piłsudski i tylko jemu wydaje się, że to bolesny sekret, który rozsadzi mu głowę i serce, ale w sobotę obydwie będą mnie na wieczorku tańcu mającym ciągnięcie teczka, przebijając Szpilą ciasny kok Marynia Zośka przyjdziesz tusze Bronisz czuję, jakby to nie Żuk, ale on leżał w łóżku, a szczoteczka rozbierała guzik po guziku aż do gołej skóry chciałby ukryć przed jej spojrzeniem, chociaż swoje myśli, ale wie, że to niemożliwe przeprowadź kolegów ciotka unosi wbrew i poszli onym palcem wyciera powieki rozmazany tusz w Wilnie trudno o zdatne kawalerów Zwiń «

PODCASTY AUDYCJI: 'AKAN' - POWIEŚĆ O BRONISŁAWIE PIŁSUDSKIM (AUDIOBOOK)

Więcej podcastów tej audycji

REKLAMA

POPULARNE

REKLAMA

DOSTĘP PREMIUM

Podcasty TOK FM oraz internetowe radio TOK+Muzyka teraz 40% taniej. Wybierz pakiet Standardowy i słuchaj gdziekolwiek jesteś

KUP TERAZ

SERWIS INFORMACYJNY

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA