REKLAMA

Odcinek 28. AKAN Powieść o Bronisławie Piłsudskim

'Akan' Powieść o Bronisławie Piłsudskim
Data emisji:
2019-10-28 21:50
Czas trwania:
14:32 min.
Udostępnij:

Odcinek 28 audiobooka AKAN Powieść o Bronisławie Piłsudskim. Tylko dla użytkowników Dostępu Premium teraz audiobook w prezencie

AUTOMATYCZNA TRANSKRYPCJA PODCASTU

Transkrypcja podcastu
ulżyć sobie mówi matka to trudny wiek chyba specjalnie na tę rozmowę zrzekła się z łóżka i ułożyła włosy siedzi na krześle blada on stoi naprzeciwko, ale ma ochotę uciec albo zasłonić usta, żeby nie słyszeć dalszego ciągu pojedzie do słowa poprawiam na Wielkanoc zostaniesz na noc są służące ulżyć sobie powtarza w głowie się rozjaśni tylko uważaj od wieczorku u ciotki unika spojrzenia innych też wydaje mu się, że wszyscy za jego plecami wymieniają ironiczne Rozwiń » uśmiechy i przyglądają się ze złością albo współczuciem, ale w głowie matki nie ma Miłosierdzia jest rzeczowość i spokój używasz sobie, a potem przywiezie do domu czas kibiców szynki będzie łuków kwasu tylko uważaj wszystko na 1 melodii, jakby z jej ust wylatywały litery jednakowego rozmiaru i zapełniała rubryki w księdze przychodów i rozchodów dlatego już nie wie czy matka przestrzega przed tym, żeby się jaja nie potłukł, żeby dziewuchy zaciążyły na stacji w Podgrodziu czeka na niego fundamenty niewiele zmienił przez 7 lat, które minęły od pożaru, ale w oczach Bronisze i tak zawsze był po czerwonym starcem co innego Helix, który wraz z Sokołem pokornie drepcze przy dieslu Bronisław zagląda jego przygasły ślepia gładzi zapadnięte boki i przesuszone chrapy strasznie Chudy rzuca lokaja, któremu na stare lata przyszła forma nić fundamenty od drukuje coś jak on, że owies coraz droższy, a potem udaje się objąć jego Kożuch pachnie tytoniem i stajnią czas ruszać i tak przed zmrokiem nie dojadą droga podmyta deszcze jakieś kwaśne w Bieruniu wszystkie okonie szczupaki wy zdychały podbiera kami ściągali stoczni potem zakopali, żeby nie cuchnęło fundamenty milknie co chwilę, żeby moknąć albo krzyknąć i wstrząsnąć rajcami czasami unosi bat nad grzbietami strzela Rzemień konie podrywają się do Kłusa koło furmanki wyrywają z błota, ale po chwili znów grzęzną w miękkich koleinach Żwirki i Sokół leżą jak we śnie Brzezina po obu stronach drogi szeleści na gałęziach już pękają zawiązki liści co twierdził Jorg mijają, a pień obwieszony skrzynkami kapliczek, a to krzyż przekreślony 2 belkami, żeby chronił przed zarazą na rozstajach Chrystus smutki Alice przygląda się ze słupa, który wyrósł ze sterty polnych kamieni wyższy jakiś zauważa Bronisz i głazy głaz się, jakby każdą bryłę ktoś wyczyścił z mchu i wypłukały ulgę śmieje się pierwszy raz od początku drogi tłumaczy, że murawie w insurekcji zakazał stawiać nowe kapliczki krzyże nie pozwolił też podpierać ani odnawiać starych jak tu chodzić po nie modlono ziemi stary lokaj i opowiada że, zanim zwali się spróchniały krzyż ludzie ze wsi po nocach wznoszą nowy nigdy ze świeżych belek ma wyglądać jak wystał co najmniej od wieku słupy też zmieniają zawsze na trochę wyższy, żeby Jezus wzrokiem sięga dalej wjeżdżają do wsi zewsząd o szczegóły ich psy sunął jeszcze wolniej, bo na drogę wyszły krowy spędzane z pastwisk nadmiaru jeszcze pół York i skręcają z drogi między kikuty, które zostały po spalonym sadzie dobrze zajechali po zmroku łatwiej przemknąć się wśród cieni niż oglądać niebo balony ruiny zarośnięte trawą fundamenty Pałacu i postawione naprędce szopy na miejscu dawnych stajni i stodół, ale i tak czuję, jakby tonie żelki i Sokół dźwigały ciężkie Chomont, ale on sam ciągnął wóz w stronę rozświetlone oficyny tylko ona Bóg wie, jakim cudem przetrwała pożar, chociaż ogień pozostawił na niej zwęglone pręgi na podwórzu błoto było straszne podeszły odklejają się od niego głośno klaszcząc z ganku wybiega pan dum i graj dzieciaków, które jego Pulchna żona zaraz goni do środka najchętniej pognał, by za nimi i schował się w pokoju na Stryszku, ale trzeba popróbować bab herbaty popić wysłuchać dum po owych żartów jak to ziemianie rodzi chłopi kradną na potęgę, a zboże gnije, bo dach stodoły przecieka i nie ma za co łatać bronić czuję jego strach, chociaż zarządca wcale się panicznie boi, ale MAK za dodatkowe uszy i oczy ślepa jeszcze jak uściśnięcie, więc można bajek opowiadać i pół ogrywa 3 państwa złości się na durne podchody, bo przecież nie po to, przyjechał, żeby szpiegować donosić ojcu nie jemu, ale trochę też schlebia bronić owi lęk Dumka, który każe zarządcy się kurczyć przed jaśnie Panicz na wskakiwać mu i zrobić słówka herbatki jeszcze konfitur ski, bo Dereń beczki nie proponuje za młody Panicz na mocne trunki, ale może kieliszek nie zaszkodzi do dziesiątej wszyscy się już rozeszli do łóżek, ale dum owi jeszcze pikiety się zachciało przy trzecim rozdaniu pewnie dziesiątym w Nisku język musi rozpętuje wciąż jednak mówi szeptem i rozgląda się niespokojnie, chociaż drzwi okna pozamykane są na głucho różni tu przyjeżdżają z namaszczeniem kładzie na stole króla kier i zgarnia lewa jak na swoje zaglądają Konty dopytują, jakby zaraz mieli gospodarzyć moim trupie może to nalewka uderzyła broni się do głowy może złość, ale zrywa z krzesła i rzuca karty niedoczekanie ich 1 Dziesięciny nie dostaną dum próbuje uciszyć zaklina, żeby śmierć kochał, ale on krzyczy coraz głośniej, chociaż nie wierzy ani jedno swoje słowo przecież dobrze wie, że jeśli tylko zechcą mu skalę zgarnął wszystko nie teraz to za rok 2 to nieuchronne, chociaż nie ma nic wspólnego z duchem dziejów postępem ani sprawiedliwością właśnie dlatego się złości dlatego pozwala, żeby tatko przez niego gadał czuje jego furię i bezradność jego panikę, chociaż gdzieś pod spodem rodzi się też pokusa, żeby odpuścić sobie zagrać walczyka zapaść w letarg i zapomnieć, ale w żołądku wciąż kotłują się bluźnierstwa i pchają przez gardło musi wypluć i natychmiast przepłukać usta pociągały Olechówki wypełnia gorycz miesza się żółcią wybiega z Izby przestrzeń w deszcz pochyla ku ziemi nozdrza uderza zapach zbutwiałych liści coś szarpie nim od środka czuje na ramieniu czyjąś dłoń odwraca się gwałtownie fundamenty, ale mnie straszył Loka chyba się śmieje bez głośniej bronić czuję tylko ręka drży, a może to starość nie dowie się kolejny przypływ ludności otwieram szeroko usta i każe się kłaniać ulgę temu do kolan czas spać pani tu słyszę nad sobą szept Halinka już poszła wreszcie licz łóżko wie co powinien zrobić ona wie co się zaraz wydarzy jeszcze tylko wstrząśnie pierzynę, żeby równo leżała poświęć powiąże troczki i będzie mogła iść spać, ale nie pójdzie on zdejmuje marynarkę i wiesza na krześle siada unosi lewą stopę opiera na prawym kolanie i chwyta za piętę Tomasza ciągnie but spada z łomotem na podłogę, a grubych wełnianych pończoch unosi się gorzki swąd ona wciąż stoi zwrócona do niego tyłem wie, że nie powinna od pierwszego dnia w spalonym dworze uczy się, że do mężczyzny nie wolno odwracać plecami nawet do takich, którzy jeszcze nie nawykli do brzytwy nie wolno też mieć się nie zamkniętym nocą samej chodzić za potrzebą ani pochylać się zbyt Nisko, ale się pochyla i koszula unosi się wyżej kolan on patrzy wmawia sobie, że nie chce, ale pozwala głowie opaść i dotknąć wzrokiem białej skóry mógłby zajrzeć jeszcze głębiej, ale ostatkiem sił zamyka oczy wstydzić swojego palącego pragnienia tylko przed kim przecież prócz nich dwojga nikogo nie ma ani Bronisław Malinka może jeszcze tuzin pająków między bankami ona myśli o sobie ich myślami głupia dziewucha przecież nikt nie każe możesz uciec, ale nie wie jak się ucieka przed palącymi spojrzeniami kwaśnymi słowami i tym, że im Kuta asystentów na samą myśl on powinien teraz ochłonąć tak myśli, lecz wcale nie ma ochoty gasić podniecenia wstaje podchodzi do dziewczyny Gabi się na jej pośladki ruchome wyspy pod naciągnięte koszulą co dalej ogląda wiele razy najpierw z ciekawością potem z obrzydzeniem, które myliły mu zazdroszczą teraz już nie musi się przyglądać może sam wyciąga ręce jej się wydaje, choć tylko czasem, że skóra jest jeszcze 1 warstwą ubrania, więc nawet jeśli zaraz ją znajdzie od tyłu uniesie koszule jeszcze wyżej dociśnie biodra jej siedzenia i zacznie ugniatać pierwsi nawet jej nie dotknie zachodzi od tyłu obejmuje przeciska twarz do jej karku skóra pralinki pachnie słomą suszonymi grzybami dymem czym zwierzęcym co naraz przyciąga budzi mdłości jej piersi nie mieszczą się w dłoniach ona wie, że zaraz będzie chciał wepchnąć palce między jej uda, więc zacisk między nimi własną dłoń on na razie SUV-a rękę na jej biodro, chociaż być może to nie on tylko ktoś, kto rozpycha się pod skórą pompuje krew od sam myśli i nawilża wargi ona czuje na swoim policzku oddech zaprawiony żółcią i garść, która wbija się w pośladek prostuje się i z całej siły odpycha od siebie on plecami uderzał ściany jest zły, ale przecież to już widział dziewuchy, które od rodzaju rozgorączkowanych zalotników nie za mocno, bo jeśli przesadzę oni zaczną bić, ale przez chwilę, kiedy stoją zamroczeni one mogą sobie robić, że coś od nich zależy, że mają dość siły, żeby wybierać ona trochę się boi, że pchnęła za mocno, więc zaglądam w twarz chce sprawdzić czy się ani nie są chorzy czerwone policzki blade czoło, na które spadają posklejane potem pasma czarnych włosów dzieciak myśli o nim pewnie bardziej się boi niż chce on wie, że teraz powinien się postarać nie będzie go kosztować tyle co nie zabito z czego który się przechwalał, jakie to pieszczoty kupił od kury na Zarzeczu sądzi, że Prince wystarczy parę słów wypowiedzianych szeptem jakaś ostrożna obietnica kochania to czułości, ale nie może ruszyć z miejsca ani wydusić słowa wszystko się w nim osuwa i opada ona przypomina sobie jego nieśmiały dotyk łaskotanie, jakby po skórze spacerowała mysz on jeszcze baby nie miał myśli uśmiecha się do niego, chociaż nie powinna śmiech spuszczone oczy gołe uda to też zachęta, a jednak siada na krawędzi łóżka i rozstrzelano Gui tylko uważaj on przypomina sobie słowa matki jej głos ani na chwilę nie chce się wynieść z jego głowy ani spokoju na poddaszu zagnieździły się gdzieś między uprawnionymi pajęczyną środkami suszonych ziół czuję, że pragnienie już nie należy do niego przy nim został tylko strach tutaj ona mówi do niego i pokazuje, żeby usiadł obok bierze jego dłoń i wkłada sobie za koszulę głos matki milknie zagłusza go pulsowanie krwi ona kładzie się na plecach i pozwala, żeby toczył się na nią sięga do jego rozporka szuka przez chwilę zaciska palce on już nie może nic zrobić rozpadają się dłonie pęka skóra na skroniach gałki obracają się swobodnie w oczodołach przez jego biodra przelewa się może zaraz się w nim rozpłynie nieruchomej ona przygląda się swojej dłoni, po której ścieka nasienie potem spogląda na niego jakiś bies skarży się roześmiał, więc się śmieje czeka aż on otworzy oczy otwiera nie widzi jej wśród twarzy, które pochylają się nad nim Żuk Zośka ciotka Stefa nawet Marynia śmieją się wszyscy się śmieją i tylko matka przygląda się surowo ona chce go pocałować on czuje dotyk jej ust odwraca głowę zrywa z łóżka przygląda się jej ciału wymieszane z pościelą czujemy mdłości von nie słyszy krzyku tylko pisk przydatnego szczenięcia wybucha płaczem wybiega z poddasza, zostawiając za sobą uchylone drzwi on wciąż czuje na sobie rozczarowane spojrzenie matki potem już nigdy nie będzie tak wyraźne Zwiń «

PODCASTY AUDYCJI: 'AKAN' - POWIEŚĆ O BRONISŁAWIE PIŁSUDSKIM (AUDIOBOOK)

Więcej podcastów tej audycji

REKLAMA

POPULARNE

REKLAMA

DOSTĘP PREMIUM

Podcasty TOK FM oraz internetowe radio TOK+Muzyka teraz 40% taniej. Wybierz pakiet Standardowy i słuchaj gdziekolwiek jesteś

KUP TERAZ

SERWIS INFORMACYJNY

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA