REKLAMA

Odcinek 104. AKAN Powieść o Bronisławie Piłsudskim

'Akan' Powieść o Bronisławie Piłsudskim
Data emisji:
2019-08-13 21:50
Czas trwania:
14:21 min.
Udostępnij:

Odcinek 104 audiobooka AKAN Powieść o Bronisławie Piłsudskim. Tylko dla użytkowników Dostępu Premium teraz audiobook w prezencie

AUTOMATYCZNA TRANSKRYPCJA PODCASTU

Transkrypcja podcastu
1 wystrzał potem 3 salwą kule ognia wydobywają z ciemności korpusy dział odrzucanych w tył siłą eksplozji potem wycinają tunele światła, w których przebłysku ją łuski fal i wyłaniają się cienie kadłubów w zatoce pociski chybiły mrok pochłania coraz mądrzejsze Iskry przez chwilę w mroku słyszy tylko komendy dowódcy baterii i krzyki artylerzystów Aviva walą durnie sarkał, odstępując głowę piachu czołga się w dół zbocza piach posypuje się wydmy ostra trawa Rozwiń » kaleczy dłonie w powietrze przecina ostry Świst podnosi głowę to Japończycy namierzyli baterii huk eksplozji potem potężny wstrząs, który toczy nim po skarpie potem kolejny wybuch jeszcze 1 ziemia, gdy goście już nieustannie nad szczyt wydmy wystrzeliwują gejzery ognia nad jego głową rozpościera się pulsująca Łuna znów biegnie pada na kolanach pełza między drzewa tu nie jest bezpieczni pociski podpalają Korony i wycinają w gęstwinie szerzące się punkty mimo w innym świetle dostrzega swojego konia, który leży i szarpie się z grubym świerkiem podbiega do niego próbuje obwiązać usadzić, ale Ogier staje Dęba, ale to nie on wyrywa mu lejce tylko ostry podmuch jest jak cios, który podbija mu głowę podcina nogi i odbiera świadomość ci go ból, jakby czaszka rozpadła się na kawałki, które rozpędzają się i zderzają ze sobą uszy zalewa jednostajny pisk wirujące plan zacieśniają pole widzenia przechyla głowę dostrzega krwawą rysa ciągnącą się od barku do łokcia potem podnosi wzrok koń leży tuż przy krawędzi Leja wyrwanego przez eksplozje rzuca się usiłuje podnieść, ale jego zadanie nogi to teraz kikuty ociekające krwią osuwa się na bok, gdyż ciężko znów próbuje wstać i znów wpada Bronisław podciąga je się ku niemu nakrywa dłońmi chrapy konie szarpią głową przytrzymuje ją już spokojnie malutki wszystko będzie dobrze przez chwilę Ross rysuje palcami posklejane krwią żywe, a potem przeciąga na brzuch kaburę i rozpinają lepkim palcami rewolwer otworem, jakiego nigdy nie wydawał mu się tak ciężki sprawdza Bębenek zostały 2 kule musi już tylko odpowiedzieć sobie na jedno pytanie zatacza się w bok Drzyzga torsje wyżej mają żołądek kończy, kiedy wypływa z niego słona ślina wybiega na trakt na kursach owym rozpościera się Łuna podświetla kłęby brudnego dymu biegnie w stronę miasta zaciskając dłonie w porannym ramieniu kluczy między zwróconymi furmankami końskimi ruchami wciąż uwiązany do myśli porzuconymi skrzyniami, w których wyfruwają papiery szmaty żadnych ludzi prócz 2 Hajnówka wieszamy na drzewie tuż za granicą miasta napuchnięte twarzach dłubię ochrony oskubać już wargi trupy szczerzą się do niego przez czarne jamy, kiedy podchodzi bliżej dostrzega, że brakuje im palców i nosów cuchnie spalonymi włosami obydwaj wisielca zamiast brud mają popierały 200 wiatr rozwiewa je po kawałku i miesza z dymem ognisk, które pogarszają pod ich stopami bestie parszywe bestie to nierozsądnie krzyczeć udajemy się zmusić do milczenia, ale jęk nadal przeciska się przez sklejone wargi odcina zwłoki, które spadają popił powinien je pochować, ale nie ma dość czasu musi dostać do miasta odnaleźć generał-gubernatora i odebrać zgodę na opuszczenie wyspy zabrać z AIDS sam dziecko jeśli będzie trzeba siłą wątpliwości, gdy znikły gruntownie jak ich nigdy nie było została tempa determinacja nakrywa ciało gałęziami wbiega w ulicę między domy Boże rany od środka przez ogień smoliste dym w rowie dostrzega jeszcze 3 truchła w mundurach po rozgrywanych na plecach dezerterzy ma dość oglądania trupów unosi głowę płomienie niesiona podmuchami wiatru przeskakują z dachu na dach wie dobrze jak szybko potrafią wędrować musi być od nich szybszy, ale zza zakrętu w dużo się konny patrol wskakuje do rowu wsuwa się pod bezwładne ciało czuje na karku ciężar zimnego czoła Kozacy mijają ich w galopie czeka aż ucichnie tętent wygrzebuje się pod nieboszczyka przewraca go na plecy napotyka doskonale obojętne spojrzenie w żart tych oczu dołów w kwadrans dociera do swojej kwatery ogień pożar tylko połać dachu spełnił po narożniku domu palił okiennice i ruszył gdzieś dalej zerwane przez szabrowników drzwi leżą w płytkim młodsze chodzi po nich do środka Matsa futryny pod podeszwami trzeszczą rozrzucone papiery klęka, żeby podnieść, ale zamiera w przysiadzie gdzieś wgłębi zdarzy się i przygasa zawieszony w powietrzu punkt wycofuje się przyciska plecami do ściany ostrożnie rozpina kaburę wychyla nagle żar wystrzeliwuje z miejsca i leci łukiem w jego stronę nie chowa się Piłsudski mówi Wołoch ile można czekać masz papiery a kto ma wystawić generał-gubernator odpłynął Aleksandrowska kazał palić miasto, zanim wejdą apaszki, gdzie są przedwczoraj wysadzili desant pod ani ową 30 biorcy przez bagna już podchodzą pod miasto cholera muszę wracać do High oszalałe zabiorę ich stąd jak i jutro rano będą to już tylko Japończycy myśli Jean Miró kata oka podstawić krążownik, żebyś mógł odpłynąć do Władywostoku nie mogę zostawić rozumiesz uspokój się nie pomoże im jeśli da się zarżnąć mam uciekać jak Tchórz cicho zgasi papierosa słyszysz same uciekają i Rio Okaj nie rozumie komendy, ale jest pewien, że padła po japońsku przygląda się jak Włochów pod pełną okna powoli wychyla się, a potem szybko chowa głowę zjedz już są ilu Niewiem chyba wiat Piłsudski wskazuje palcem drzwi od podwórza czeka aż Włochów potwierdzi gestem, że rozumie przecina izbę na czworakach delikatnie popycha okiennice, żeby przez szczeliny wyjrzeć na zewnątrz pusta odwraca się do Łochowa, żeby dać mu sygnał do ucieczki, kiedy kątem oka dostrzega ruch po drugiej stronie płotu ktoś obala go mocnym kopniakiem na tyły domu wchodzi 4 piechurów w czapkach z żółtymi oto kami palce na kręglach nierząd karabinów do okien drzwi macha Ruchowi, żeby został pod ścianą znów się wychyla pierwsza czwórka rozpędziła się po podwórzu, ale przez powalone płoty g-li się jeszcze 2 szeregowców i oficer ISI gazu i żołnierze zawracają w stronę domu pochyla głowę chyba nie dostrzegli przyciska policzek do ściany są coraz bliżej słyszę szelest ugniatanie podeszwami suchej trawy przełyka ślinę, ale gardło zaciska się coraz mocniej ktoś lufą oraz Hyla okiennice do wnętrza pełza dopiero długi cień, ale on znów jest na Hokkaido i czuje jak w potylicę wbija mu się zimne żelazo przygrywa wargi mocno w ustach czuje smak krwi próbuje opanować drżenie rąk u nosi rewolwer ostatnia kula następny pocisk wbija się futrynę do wnętrza lecą drzazgi cień znika ktoś przebiega przez podwórze znów strzały jęk bólu, który miesza się z głośnymi komendami ucieka ta chodzimy idee te Thai Thai i IT cha i w bębnie jego rewolwer wciąż tkwi w ostatni pocisk kule gwiżdżą za oknem pochylonej sylwetki czyhają na drugą stronę powalonego płotu i Włochów otwiera drzwi i wygląda na podwórze, a Polski się wycofują uciekamy krzyczy, ale on wciąż siedzi oparty bokiem o ścianę w ręku trzyma rewolwer i celuje w drzwi Włochów pełznie do niego na kolanach od giną mu palce wyjmuje broń szarpie za ramiona, żeby go wyrwać z podłogi wstawaj oni tu wrócą, która godzina pyta, ale to jego głosu podpowiada, że wszystko jedno i Włochów przygląda się Piłsudskiemu z niedowierzaniem ostatnia jeśli się stąd nie ruszysz pozwala mu się podnieść i wyprowadzić przez drzwi potyka się zwłoki japońskiego żołnierza Włochów próbuje ściągnąć grupowi z ramienia broń szarpie się z nim w końcu odpuszcza zbierajmy się stąd do portu obiegają dom przecinają ulice wpadają między chaty ze ścianami spełniających płomieni na niebie przed nimi co chwilę wybuchają małe słońca płyną w cieniu rzucanym przez wysoki brzeg muszą uważać, żeby spienione morze nie wyrzuciło ich na skały 8 mężczyzn równocześnie nasze daną komendę zanurza wiosła oraz szkoły swoją odbicia płonącego miasta na brzegu pożar ogarnia banie cerkwi kolejna salwa strąca je jak niedojrzałe jabłka nie Dolot wzbijają fontanny wody i rozpędzają fale, które bujają szalupą wiosła w dół ostrożnie, żeby nikt nie wypadł za burtę szalupa jest przepełniona, chociaż i tak zabrała mniej niż połowę z tych, którzy próbowali się na nią wedrzeć ci co byli już w Łodzi odparli szturm odepchnęli Łódź spychali nadmiarowych ciemność za burtą kolejnych Łodzi nie będzie pomost, skąd odbili przed 3 Quadra sami jest płonącą kreską na tle zasnął tego dynamit portu oddalili się od niego na, tyle że nie słyszał już krzyków ani pojedynczych wystrzałów może gada do nich salwami krążowników niszczycieli jeszcze godzina i wpływają do niewielkiej zatoki dziób Łodzi zderza się z żelazną burtą wiosła wyhamowują impet z pokładu opada krótka drabinka przodem rzuca Włoch, kiedy przychodzi kolej pomaga mu oprzeć stopy na rozchwianych szczeblach marynarzy wciągają go na pokład robi kilka niepewnych kroków, ale wybuch tuż za rufą zwala go na deski kolejne eksplozje rzucają stateczkiem i wylewają Piłsudskiemu na głowę wiadra wody przemoczony do skóry wciągu je się pod lupę przykrywa głowę dłońmi Diego czas zimne nie pamięta jak długo ich statek ścigały salwy z japońskich niszczycieli pamięta, kiedy wpłynęli mgłę, która osłoniła ich przed pociskami i odgrodziły od płonącego corsa Kowa pamięta lęk paraliż pamięci sumienia myśli została tylko 1 to nawet nie była myśl tylko gorący punkt na granicy świadomości przetrwać o świcie widok za burtą wyssany jest z kolorów nieruchomy ledwie widoczna linia horyzontu przecina go na pół odwraca głowę za nimi wciąż szczerzą się wyrastające z wody ze zyskał w tle strome klify opadają ku morzu, które leniwie obsługuje czarne plaże nie widać dymów Łodzi wyciągniętych na brzeg nie widać ludzi później znacznie później pomyśli, że ludzkie życie na tej wyspie jest zbędnym dodatkiem anomalią w fatalnym w skutkach przejawem pychy, ale tego ranka czujesz się wydrążono skorupą prócz przemoczonych łachy na grzbiecie nie ma nic wszystko co pragną ocalić zostało daleko za kliszami po drugiej stronie gór nadzieje też tam zostawił już się nie przyda wyspa go pokonała odarła z tego co miał co czuł co próbował kochać i spłonęła nim może znów jest nikim jak trup jak noworodek może wciąż się tai czasami tylko pojedyncza fala jak zwiadowca mocniej uderza w burtę oddalają się od brzegu, który jest teraz czarną linią z rozlanego atramentu za godzinę będzie pociągnięciem piórem potem cienką kreską rysowano dobrze zaostrzonym ołówkiem zniknie przed zmrokiem wpatruje się hipnotyzujące taniec piany wokół obu wszystko stracił nie wie kim jest, a mimo to ogarnia go obojętność i ociężałe pewność już tu nie wróci Zwiń «

PODCASTY AUDYCJI: 'AKAN' - POWIEŚĆ O BRONISŁAWIE PIŁSUDSKIM (AUDIOBOOK)

Więcej podcastów tej audycji

REKLAMA

POPULARNE

REKLAMA

DOSTĘP PREMIUM

Posłuchaj o tym, co ważne w TOK FM Premium. Teraz podcastowe produkcje oryginalne, podcasty z audycji TOK FM oraz Radio TOK FM bez reklam 40% taniej! Bądź na bieżąco.

KUP TERAZ

SERWIS INFORMACYJNY

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA